Grabarze konkurencji
Paweł Wrabec
Gospodarka kwitnie, a pracy ciągle mało. Nie tylko dlatego, że firmy są coraz lepiej zorganizowane i rośnie wydajność. Na szczytach zawodowej hierarchii okopały się grupy, które bronią posad przed młodszą konkurencją. To szkodzi rynkowi pracy i winduje ceny usług.
Maria Janssen jest Polką, ale urodziła się i wychowała w Niemczech. Skończyła historię, zna biegle dwa języki, została więc tłumaczem. W zawodzie pracuje 30 lat, ostatnio dla tak wymagających instytucji jak Komisja Europejska i Trybunał Europejski. Ale od końca stycznia to za mało, żeby zostać w Polsce tłumaczem przysięgłym. W tym czasie weszła w życie ustawa, która rezerwuje uprawnienia licencjonowanego tłumacza dla absolwentów filologii (choć uznaje prawa wcześniej nabyte).
– Dawniej do ich nadania wystarczyła decyzja sędziego, na którym spoczywał obowiązek weryfikowania umiejętności językowych kandydata. Teraz trzeba zdać egzamin państwowy. To jeszcze mogę zrozumieć. Ale po co od razu studia filologiczne? Przecież ich ukończenie nie gwarantuje biegłej znajomości języka – mówi rozgoryczona Janssen.
Nie tylko tłumacze mają trudniej. W pierwszej połowie lat 90. każdy mógł zostać taksówkarzem, agentem nieruchomości, informatykiem. Nikt nie zaglądał w papiery – liczyły się chęć, predyspozycje i praktyczne umiejętności. Dziś chętni napotykają coraz liczniejsze administracyjne ograniczenia.
Przyciasny gorset
– Zaciskającego się gorsetu restrykcji nie widać aż do chwili, gdy sami chcemy zmienić zawód lub rozkręcić interes. W gąszczu różnych wymagań i licencji wiele osób szybko rezygnuje – mówi Janusz Paczocha, doradca prezesa NBP, który od lat walczy z reglamentacją w gospodarce. Według niego o postępującym skostnieniu rynku pracy świadczy pęczniejący od początku lat 90. katalog zawodów regulowanych przez rozporządzenia i ustawy. O ile jeszcze w 1989 r. reglamentowano dostęp do 93 zawodów, to w 2003 r. problem dotyczył już 131 profesji i ponad 300 związanych z nimi specjalności. Na liście obok zawodów, od których prawidłowego wykonywania zależy ludzkie życie (np. lekarz, konstruktor, nurek), znalazły się też profesje wcześniej w żaden sposób nieograniczane. Na przykład animator kultury lub pośrednik w obrocie nieruchomościami.
Są też zawody zupełnie nowe, na które zapotrzebowanie zrodziła gospodarka rynkowa (broker, makler giełdowy, doradca inwestycyjny), i takie, które dopiero pomogli zdefiniować urzędnicy. Takim właśnie zawodem jest na przykład menedżer sportu, z którego wyodrębniono dwie specjalności – menedżera dyscyplin sportowych i imprez. Od 4 lat do przeprowadzenia szkolnego turnieju tenisowego lub zarządzania gminnym basenem nie wystarczają już zapał i pasja. Najpierw trzeba skończyć na AWF studia ze specjalnością organizacja i zarządzanie sportem. Nawet jeśli ktoś ma dyplom SGH z wyróżnieniem, to i tak powinien dodatkowo skończyć studium podyplomowe, na przykład na poznańskim AWF (1200 zł za semestr), gdzie będzie uczył się „kierowania zebraniami”, uzupełniał wiedzę m.in. o erystykę, etykietę i ceremoniał sportowy. W praktyce mało kto przejmuje się tymi ograniczeniami. Inaczej na przykład Czesław Lang, były kolarz, nie mógłby organizować wyścigu Tour de Pologne (nie dokończył studiów na AWF, tylko kursy menedżerskie we Włoszech). Ale coraz częściej gminy i powiaty, poszukując kandydatów na kierowników ośrodków sportowych, stawiają wymóg posiadania ustawowych uprawnień.
Dlaczego akurat tu ograniczono dostęp do zawodu? – Wiele dyscyplin kuleje. Jeśli mają się rozwijać, to trzeba powierzyć kluby i ośrodki prawdziwym profesjonalistom – argumentuje dr Radosław Muszkieta, wykładowca na poznańskim AWF, który cieszy się, że wśród młodzieży rośnie zainteresowanie kierowanym przez niego studium. Są jednak podejrzenia, że dobro sportu było ważnym, ale nie jedynym argumentem.
Maria Janssen, która uważnie śledziła losy ustawy o tłumaczach przysięgłych, twierdzi, że uchwalony projekt też był pisany pod dyktando środowiska akademickiego: – Edukacja to nie tylko misja, ale też biznes. Dzięki takim przepisom z pewnością wzrośnie liczba chętnych na płatne studia podyplomowe.
Zanosi się na zamykanie kolejnych specjalności. Rośnie presja, żeby w ustawowe regulacje wpasować zawód informatyka. Informatycy – nie tylko samoucy – i tak nie mają łatwego życia. Coraz częściej pracodawcy podczas rekrutacji wymagają od kandydatów certyfikatów znajomości systemów komputerowych, którymi się posługują (Cisco, SUN, Novell etc). Żeby zdobyć posadę, trzeba zapłacić za odpowiednie szkolenia. Zdobycie certyfikatu np. firmy Microsoft to wydatek co najmniej 2 tys. zł. Są też już postulaty, żeby w ogóle ograniczyć możliwości uprawiania tego zawodu do osób legitymujących się stosownym dyplomem. Inna droga to certyfikacja firm. Za tym drugim pomysłem opowiadają się największe komputerowe spółki. – Wiedzą, że w ten sposób wytną z przetargów konkurencję, której nie stać na drogie certyfikaty – mówi Grzegorz Raczkowski, warszawski informatyk. On sam studiował wprawdzie informatykę, ale dyplomu nie zrobił. Kiedy inni jeszcze się uczyli, on już obsługiwał giełdy we Frankfurcie i w Hongkongu. Nic dziwnego, że jest przeciwny jakimkolwiek ograniczeniom.
Przywileje korporacji
Propozycje ograniczania dostępu do zawodu padają też ze strony rosnących w siłę zawodowych korporacji i syndykatów. To one, zazwyczaj w imię dobra publicznego, domagają się wprowadzenia obowiązkowych staży, aplikacji i egzaminów. Obecnie mamy 16 samorządów, na które władza państwowa scedowała uprawnienia w zakresie przyznawania i odbierania prawa do wykonywania zawodu. Chodzi o wolne zawody lub tzw. zawody zaufania publicznego, gdzie postronni nie mają wystarczającej wiedzy, żeby w trafny sposób ocenić jakość świadczonych usług. Kilkanaście lat temu takich samorządów było ledwie kilka. Swoje izby mieli lekarze, farmaceuci, radcy i adwokaci. Stopniowo ich jednak przybywa.
Własnymi samorządami szczycą się teraz m.in. komornicy, diagności laboratoryjni, inżynierowie budowlani, rzecznicy patentowi, księgowi, architekci. Powołano je w szczytnych celach: mają stać na straży etyki i jakości świadczonych usług. Tymczasem o wykluczaniu z zawodu nieuczciwych lub niedouczonych lekarzy czy architektów nie słychać. Za to urząd antymonopolowy coraz częściej piętnuje zawodowe samorządy za praktyki monopolistyczne. Radcowie prawni, komornicy i adwokaci, gdzie tylko mogą, ograniczają konkurencję, nie dopuszczając do aplikacji młodych prawników. Izba Aptekarska zakazała swoim członkom otwierania aptek w sąsiedztwie już istniejących. Samorządy notariuszy i architektów opracowały cennik wynagrodzeń minimalnych i zobowiązały swoich członków do ich stosowania.
Kiedy dwa lata temu Krzysztof Hancewicz, inżynier budowlany z Piły, pod groźbą utraty uprawnień musiał się zapisać do izby, zapłacić obowiązkową składkę i ubezpieczenie, nie był z tego zadowolony. Dziś już jest. – Do niedawna rynek psuli emeryci, którzy najmowali się za grosze jako inspektorzy nadzoru, byle dorobić do emerytury. Znikli, bo opłaty na izby okazały się dla wielu zbyt wysokie – cieszy się Hancewicz.
To, co dziś cieszy inżyniera, właściciela prężnie działającej firmy, martwi młodego adepta tego zawodu, który musi płacić daninę niezależnie od tego, czy pracę ma, czy nie. Dla Radosława Gajdy, studenta warszawskiej architektury, to kolejny argument, by zacząć myśleć o innej ścieżce kariery. Podstawową barierą są uprawnienia, jakie musi zdobyć po skończeniu szkoły: rok na budowie i dwa lata w biurze projektowym, a na koniec egzamin z prawa administracyjnego. Dla większości jest to tor przeszkód trudny do pokonania.
Oczywiście, apele o liberalizację przepisów nie mogą iść za daleko. Jeśli ustawodawca przesadzi w pobłażliwości, zaczną się katastrofy budowlane, wzrośnie liczba prawniczych lub lekarskich błędów w sztuce. W wielu przypadkach polskie przepisy są jednak zbyt restrykcyjne, a uprzywilejowane środowiska pod pozorem ochrony interesu społecznego bronią interesów własnych. – Nasze wymagania wobec absolwentów są bodaj najsurowsze w Europie – mówi architekt Wojciech Kaczura, który pracował na Zachodzie. Wzorów do naśladowania radzi szukać w Szwajcarii. – Tam absolwent architektury obywa się bez stażu. Pozwolenie na uprawianie zawodu uzyskuje się po ukończeniu 25 lat i rejestracji w urzędzie. Do wpisu potrzebny jest dyplom i zaświadczenie o niekaralności. Umiejętności weryfikuje rynek. Inwestor pyta o wcześniejsze budowy i trudnego zlecenia do samodzielnego wykonania świeżo upieczony architekt nie dostanie – wyjaśnia Kaczura. W Polsce ze względu na trudny tor przeszkód zaledwie co trzeci z absolwentów architektury próbuje zdobyć uprawnienia.
Postępujący korporacjonizm przeszkadza w walce z dramatycznie wysokim polskim bezrobociem. Gospodarka staje się też mniej konkurencyjna. Złe pojmowanie samorządności przez korporacje prawnicze sprawiło, że dostęp do ich usług dla wielu osób stał się iluzoryczny. – Jak ludzie mają korzystać z pomocy prawnej, skoro na jednego prawnika przypada w Polsce 1355 osób. To czterokrotnie więcej niż w Hiszpanii. Cena, którą musi młody prawnik zapłacić, by zdobyć uprawnienia, jest aż sześć razy wyższa niż w Holandii – mówi Piotr Kulpa, wiceminister gospodarki, który odpowiada za rynek pracy.
Izba dla kominiarza
W książce „Bogactwo narodów” Adam Smith przed ponad stu laty napisał: „Ludzie tego samego zawodu rzadko spotykają się razem, nawet dla zabawy i rozrywki, ale rozmowa kończy się zawiązaniem konspiracji przeciwko społeczeństwu lub jakimś pomysłem na podniesienie cen”. Dziś jego słowa wydają się w Polsce bardzo aktualne.
– Wpływowe grupy zawodowe bogacą się kosztem niezorganizowanej reszty społeczeństwa. To jest objaw upadku władzy publicznej – mówi twardo Kulpa. A problem narasta. Inne grupy zawodowe widząc, jak skuteczni okazali się prawnicy, również się organizują. Chęć weryfikowania rynku „pod kątem kwalifikacji zawodowych” zgłaszali floryści, rzeczoznawcy dzieł sztuki, a nawet grabarze. Na razie mają izby i stowarzyszenia. Niektóre są słabe, regionalne. Inne zakładają federacje i krzepną. Parlament i rząd mają obowiązek konsultowania projektów ustaw ze środowiskami, których dotyczą. Efekt często jest taki, że ograniczony zostaje dostęp do kolejnych zawodów. Tak było w przypadku ustawy o tłumaczach przysięgłych. Podczas jej przygotowywania pierwsze skrzypce grało Polskie Towarzystwo Tłumaczy, które od lat narzeka na tanią, ale niefachową konkurencję ze strony studentów i amatorów. Nie inaczej było z ustanowieniem koncesji dla zarządców nieruchomości i pośredników w obrocie nieruchomościami (pośrednik musi mieć teraz ukończone specjalistyczne studia i zapłacić za nie ok. 8 tys. zł). Wprowadzono je pod naciskiem Polskiej Federacji Nieruchomości.
– Licencje są niepotrzebne, bo klient potrafi sam ocenić, z jaką firmą ma do czynienia. Skoro w Holandii zawodów regulowanych jest 80, a w Finlandii tylko 9, to trzeba polski katalog przejrzeć pod kątem interesów konsumentów – proponuje Janusz Paczocha.
Tuż przed wyborami politycy na pewno jednak nie pójdą na takie ryzyko. Przedwyborcza kampania to zawsze czas składania obietnic i prezentów. Ustawa tworząca korporację psychologów nieprzypadkowo została uchwalona w ostatnich dniach kadencji poprzedniego parlamentu. Podobnie rząd Marka Belki u schyłku swojego urzędowania znalazł czas, by zajmować się ustawą tworzącą samorząd pracowników socjalnych, która daje tej grupie niemałe przywileje. A warto przypomnieć, że jeszcze w sierpniu 2004 r. lewicowy rząd pracował nad tzw. ustawą kagańcową, która miała zapobiec mnożeniu się kolejnych korporacji, a nad już istniejącymi wprowadzić mocniejszy nadzór państwa. Dlaczego nie przesłał projektu do parlamentu? – Już wtedy wiadomo było, że projekt nie ma szans w tym Sejmie – mówi wiceminister Piotr Kulpa. Czyż to nie argument, żeby wreszcie wprowadzić certyfikaty dla polityków?
Paweł Wrabec © POLITYKA Sp. Pracy 2005-2009
