Masz wybór. Dbamy o to już 20 lat.

Gry w monopol

Adam Grzeszak

Monopole są dla rynkowej gospodarki groźne, więc oficjalnie się ich w Polsce nie lubi, krytykuje je i zwalcza. Ale one mają mnóstwo sposobów, żeby obejść ograniczenia, a państwo niektóre po cichu popiera.

W reklamie czytamy: „W 2007 r. wszyscy Klienci w Polsce będą mogli decydować o tym, kto będzie dostarczał im elektryczność. Co to zmieni? Cóż, światła będą działały tak samo jak do tej pory, podobnie jak lodówka, telewizor czy pralka. Jednak możliwość wyboru sprawi, że dostawcy będą musieli się liczyć z Twoimi wymaganiami i nauczyć się je zaspokajać. Konkurencja spowoduje, że firmy energetyczne zaczną dbać o solidność, Twoje poczucie wygody i o środowisko, które Cię otacza”. Tak szwedzki koncern energetyczny Vattenfall – właściciel Elektrociepłowni Warszawskich oraz Górnośląskiego Zakładu Energetycznego – kreśli wizję świetlanej przyszłości. Zapewnienia brzmią pięknie, choć tajemniczo. Trudno nam sobie wyobrazić, że niebawem będziemy mogli grymasić, decydując, czyj prąd jest lepszy. Jeszcze niedawno, nawet w krajach z długimi doświadczeniami wolnorynkowymi, energetyka uchodziła za naturalny monopol. Dziś jednak w całej UE i ta dziedzina otwiera się na konkurencję. Dotychczas właściciel sieci przesyłowej miał wyłączne prawo sprzedawania nam energii. Teraz to się zmienia. Wszystko za sprawą zasady swobodnego dostępu do sieci przesyłowej (TPA). To my wybierzemy najtańszego dostawcę, a właściciel drutów będzie miał obowiązek energię nam dostarczyć, pobierając jedynie opłatę przesyłową. Tyle teorii.

Demonopolizacja polskiej elektroenergetyki prowadzona jest od kilku lat. Obok regionalnych zakładów energetycznych działają niezależne firmy (zwane spółkami obrotu) oferujące odbiorcom dostawę energii. Od lipca 2007 r. wszyscy, także odbiorcy domowi, będą mogli wybierać dostawcę energii. Jednak już dziś taki przywilej jest udziałem prawie dwóch milionów polskich firm. Warunkiem jest, by roczne zużycie było większe niż 1 GWh. Z tej wolnorynkowej zdobyczy korzysta zaledwie kilkadziesiąt przedsiębiorstw.

– Przed firmami chcącymi zmienić dostawcę zakłady energetyczne piętrzą tak wiele przeszkód, że dla większości zainteresowanych cała operacja staje się nieopłacalna – wyjaśnia prof. Krzysztof Żmijewski, były prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych, a dziś niezależny ekspert zaangażowany w promowanie konkurencji w energetyce.

Metoda na licznik

Okazuje się, że monopoliści mają dziesiątki sposobów pozwalających wybić klientom z głowy myślenie o konkurencyjnym dostawcy. Wprowadzają je często po kryjomu, w wewnętrznych dokumentach. W skrajnych przypadkach zainteresowany tańszym prądem słyszy od monopolisty, że na jego terytorium to niemożliwe.

Pierwszą poważną przeszkodą jest wymóg zainstalowania dodatkowego, drogiego układu pomiarowego z systemem transmisji danych, który nie tylko śledzi zużycie prądu, ale jednocześnie na bieżąco przesyła do zakładu energetycznego odpowiednie informacje. Zdaniem prof. Żmijewskiego obarczanie takim obowiązkiem odbiorcy jest nielegalne. Nikt przecież nie chodzi do sklepu z własną wagą. Prezes Urzędu Regulacji Energetyki dotychczas akceptował taką praktykę, która skutecznie studziła konkurencyjny zapał. Nadzieję, że to się może zmienić, rodzi zapowiedź zmiany prawa energetycznego, które ma zwolnić małych odbiorców z licznikowego obowiązku. Na razie to jednak zapowiedź.

Jeśli jednak ktoś się uprze i zainstaluje system pomiarowy, to czekają go niespodzianki. Musi, na przykład, prognozować, ile i w którym momencie będzie zużywał energii. I to z dokładnością do 15 minut. Informacje na ten temat zakład energetyczny musi otrzymać z wyprzedzeniem. Jeśli odbiorca zużyje więcej prądu, niż przewidział, będzie musiał go dokupić za dużo wyższą cenę. A jeśli nie wykorzysta w całości, musi nadwyżkę sprzedać za dużo niższą cenę, niż sam zapłacił. Wynika to z faktu, że prądem handluje się w kilku systemach rozliczeniowych, a różnice w cenach są znaczne.

Jeśli i to amatora konkurencji nie zniechęci, czeka go dodatkowe utrudnienie: musi zamawiać energię tylko w określonych porcjach, z dokładnością do 0,5 MWh, nawet jeśli jego rzeczywiste potrzeby są inne. Trzeba sobie tylko zrobić kalkulację, kiedy strata będzie mniejsza: przy dokupowaniu brakującej droższej energii czy przy sprzedaży nadwyżki poniżej kosztów. To może w tej sytuacji nie zmieniać dostawcy? – zastanawia się wielu przedsiębiorców. Zwłaszcza że kiedy wczytają się w rachunek, jaki dostarcza im zakład energetyczny, łatwo dostrzegą następujące zjawisko: energia, którą kupują, jest zaskakująco tania, natomiast koszt przesyłu dziwnie drogi.

To jeszcze jeden sposób walki o utrzymanie monopolu: subsydiowanie skrośne – wyjaśnia prof. K. Żmijewski. – W skrajnych przypadkach zdarza się, że zakład energetyczny sprzedaje odbiorcy energię taniej, niż sam ją kupił. Dzięki zawyżonej taryfie przesyłowej wychodzi jednak na swoje.

Dlatego na pytanie, jakie stawia Vattenfall – co zmieni się w 2007 r.? – odpowiedź jest krótka: nic. Jeśli nawet odbiorcy domowi będą korzystali z łagodniejszych reguł wyboru dostawcy prądu, to i tak mało kto odważy się na ten krok. Już tylko konieczność rozwiązania dotychczasowej umowy z zakładem energetycznym i zawarcia nowych (jednej na przesył, drugiej z wybranym dostawcą na zakup energii) skutecznie wybije z głowy demonopolizacyjne pomysły największemu zwolennikowi konkurencji. Chyba że po jego stronie zdecydowanie stanie państwo.

Metoda na punkty i szafy

Niestety, dotychczasowe doświadczenia nie nastrajają optymizmem. Świadczy o tym choćby długoletnia, i w dużym stopniu bezskuteczna, demonopolizacja rynku telekomunikacyjnego. Kiedy dawny monopolista, dziś elegancko zwany podmiotem dominującym, trzyma w ręku wszystko: kable, centrale i abonentów, państwo nie może ograniczyć się do złożenia deklaracji – daję wam konkurencję, a resztę załatwcie sobie sami. Zwłaszcza jeśli monopolem zarządza gracz tak doświadczony w obronie pozycji rynkowej jak France Telekom.

Mali konkurenci utyskują, że TP cały czas po cichu sypie piasek w tryby mechanizmów demonopolizacyjnych. Zwykle zasłania się obiektywnymi przeszkodami technicznymi. Na przykład w sprawie tzw. punktów styku. Chodzi o to, że kable alternatywnych operatorów gdzieś się muszą łączyć z tymi należącymi do TP. I już robi się poważny problem, bo te kable często do siebie nie pasują. Bywało, że zdesperowani konkurenci wkraczali do central TP z nakazem sądowym i w towarzystwie komornika.

– Telekomunikacja Polska robi wszystko, żeby opóźnić proces uwolnienia rynku – wyjaśnia dr Andrzej J. Piotrowski, dyrektor ds. Strategii Instytutu e-Gospodarki Centrum im. Adama Smitha (CAS), który ukuł własne określenie opisujące rynkową pozycję TP: dominator. Według wyliczeń ekspertów CAS TP inkasuje rentę monopolistyczną w wysokości 3,9 mld zł rocznie. O tyle ceny, które płacimy, są wyższe od tych, które obowiązują na zliberalizowanych rynkach. W maju 2005 r. koszyk wydatków typowego domowego użytkownika telefonii stacjonarnej był czwarty wśród najdroższych na świecie.

Zdaniem dr. Piotrowskiego walka toczy się na dwóch poziomach – centralnym, gdzie dominator stara się narzucić operatorom alternatywnym własne reguły gry, i lokalnym, gdzie toczy z nimi ciche wojny. Polem bitwy bywają nawet stojące na ulicach szafy telekomunikacyjne, istotny element sieci telefonicznej. Cała sztuka polega na takim jej ustawieniu i zagospodarowaniu, żeby konkurent nie mógł się podłączyć. Podobnie wygląda sprawa z siecią podziemnych studzienek i rur, którymi wiodą kable. TP SA uważa, że kanały to jej majątek, a konkurenci powinni sobie zafundować własne. Udostępnia je pod presją i stawia warunki. Od sieci telewizji kablowych żądała zobowiązania, że kabli nie wykorzystają do świadczenia usług telefonicznych lub internetowych.

Metoda na abonament

Jednak najcenniejszym dobrem w majątku TP są abonenci. Dlatego dostępu do nich broni jak lew. Najskuteczniejszą bronią w tej walce jest nieprzenoszalność numeru i nienaruszalność abonamentu telefonicznego. To decyduje, że dziś wciąż 90 proc. abonentów pozostaje w sieci TP. Ludzie są przyzwyczajeni do swoich numerów, więc mało kto decyduje się na zmianę operatora. Wprawdzie będąc abonentem TP można dziś korzystać z usług innych operatorów, wymaga to jednak zawarcia dodatkowych umów, zaś abonament i tak trzeba płacić macierzystej sieci. Ten zaś jest tak skalkulowany, żeby szukanie konkurencyjnych ofert nie bardzo się opłacało, zaś w przypadku osób korzystających z najniższego abonamentu (tzw. socjalnego) zostało z góry wykluczone. Jak więc widać, energetycy nie muszą długo myśleć, jak skutecznie bronić monopolu. Wystarczy podpatrzeć, jak to się robi w telekomunikacji.

Nie tak dawno Anna Strężyńska, wiceminister transportu i budownictwa (odpowiedzialna za sektor telekomunikacji), zadeklarowała uroczyście, że szybko doprowadzi do demonopolizacji w branży telefonii stacjonarnej. Strężyńska zna się na rzeczy, bo do niedawna działała jako niezależny ekspert ostro krytykujący zmonopolizowanie polskiej telekomunikacji. Swój cel chce osiągnąć między innymi przez wprowadzenie prawa do przenoszenia numeru między operatorami stacjonarnymi i możliwość przejmowania abonamentów. Jeśli jej się to uda, przejdzie do historii.

Metoda na skład paliwowy

To jedna z niewielu deklaracji świadczących, że państwo poczuwa się do obowiązku walki z monopolami. W innych branżach tego nie widać. Przeciwnie, podejmowane są działania chroniące monopole przed konkurencją. Oczywiście wszystko w rękawiczkach, bo oficjalnie monopole są potępiane, a konkurencja mile widziana.

Przykładem takiej hipokryzji jest rynek paliwowy, na którym karty rozdaje PKN Orlen. Choć działa wiele sieci stacji paliw, to i tak większość sprzedaje paliwo produkowane przez płocki koncern. Trzymając pod kontrolą infrastrukturę (rurociągi, bazy paliw), Orlen wspierany przez państwo (chroniące ponoć nasze bezpieczeństwo energetyczne) skutecznie blokuje dostęp tańszego paliwa z zagranicznych rafinerii do dużej części polskiego rynku. Konkurenci mogą działać w pasie przygranicznym. Kilka miesięcy temu państwo postanowiło jednak wzmocnić osłabione rubieże płockiego monopolu i wprowadziło przepisy skutecznie utrudniające sprowadzanie paliw z zagranicy. Od importerów wożących je autocysternami zażądano stworzenia odrębnych baz magazynowych tylko po to, żeby celnicy mogli ważyć paliwo i naliczać akcyzę. Nawet wielkie koncerny jak Shell, BP i Statoil podniosły krzyk, bo oznaczało to konieczność wydania milionów złotych ku uciesze urzędników. W krajach Unii czegoś takiego nigdzie się nie praktykuje. Obowiązek budowy baz na razie darowano, Ministerstwo Finansów myśli, jak problem rozwiązać. Cysterny będą wyrywkowo kontrolowane przez celników. Importerzy drżą ze strachu.

Metoda na zwrotnicę

Tymczasem na kolei trwa bitwa o szyny. Od 1997 r. postępuje powolny proces demonopolizacji przewozów kolejowych. Obok PKP działają niezależni przewoźnicy, zwłaszcza towarowi, bo dziś jest to jedyny dochodowy segment biznesu kolejowego. Po to, by konkurencja odbywała się na równoprawnych zasadach, z PKP wydzielono spółkę zajmującą się torami – Polskie Linie Kolejowe (PLK). Jej zadaniem jest odpłatne udostępnianie torów wszystkim przewoźnikom.

Największym wśród nich jest PKP Cargo, towarowa spółka dotychczasowego monopolisty. Coraz skuteczniej konkurują z nią niezależni operatorzy. Choć globalna wielkość przewozów kolejowych maleje, to ich udział w rynku szybko rośnie. Dlatego PKP Cargo wszystkimi sposobami stara się utrzymać swoją pozycję. Nie zawsze są to sposoby legalne, za co spółka była już surowo karana przez prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Niezależni operatorzy co chwilę wpadają jednak w pułapki zastawiane przez PKP. Weźmy na przykład tory. Teoretycznie cała sieć znajduje się w rękach spółki PLK. W praktyce jednak kilka tzw. posterunków nastawczych jest pod kontrolą PKP Cargo. Tak się składa, że są to urządzenia obsługujące tory wiodące do Portu Gdynia, czyli miejsca bardzo atrakcyjnego dla wszystkich przewoźników. Na portowych zwrotnicach potknęło się już kilku konkurentów PKP: m.in. spółka Lotos Kolej (należąca do Grupy Lotos) oraz zabrzańskie Przedsiębiorstwo Transportu Kolejowego i Gospodarki Kamieniem. W październiku ub.r. przez blisko dobę o prawo wprowadzenia do portu swojego pociągu z 40 cysternami pełnymi nawozu walczyć musiała spółka CTL Logistic.

Pracownicy PKP Cargo tłumaczyli, że mają polecenie zwierzchników zatrzymania naszego składu. Dopiero po licznych interwencjach udało nam się wjechać do portu – relacjonuje Krzysztof Niemiec, członek zarządu CTL Logistic.

Teraz niezależni operatorzy tylko czekają, gdzie jeszcze tory obsługują pracownicy konkurenta i kiedy zablokują im drogę? Jeśli klienci zorientują się, że korzystanie z niezależnych operatorów, choć tańsze, jest jednak obarczone większym ryzykiem, mogą zrezygnować z ich usług.

Metoda na posła

Na straży swobody konkurencji stoją specjalnie powołane do tego celu urzędy państwowe, czyli tzw. regulatorzy. Energetykom na ręce patrzy Urząd Regulacji Energetyki, operatorom telekomunikacyjnym Urząd Komunikacji Elektronicznej, kolejarzom Urząd Transportu Kolejowego. Jest wreszcie Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

To znowu teoria, bo w praktyce urzędy te dość liberalnie podchodzą do rozmaitych trików, jakie stosują monopoliści. Interweniują tylko w sytuacji najpoważniejszych naruszeń. Tłumaczą się, że nie zawsze mogą wychwycić nadużycia, zwłaszcza że często sprawy dotyczą skomplikowanych problemów technicznych, w których trudno o jednoznaczne stanowisko. Po cichu dodają, że w wielu przypadkach nie ma woli politycznej, by ścigać monopolistów, zwłaszcza jeśli są to firmy państwowe. Bo zaraz podniesie się krzyk. Związkowcy się oflagują albo ogłoszą pogotowie strajkowe, populistyczni politycy zaczną mówić o wystawianiu na szwank bezpieczeństwa kraju i działaniu na rzecz zagranicznego kapitału. Na dodatek każdy monopolista jest w stanie wezwać na pomoc swoją sejmową partię. W parlamencie jest kilka takich branżowych frakcji o ponadpartyjnym charakterze. W razie kłopotów można liczyć, że posłowie podejmą próbę utrącenia niekorzystnych regulacji albo przynajmniej złagodzą ich skutki. I tak monopole w Polsce trzymają się mocno.

Adam Grzeszak © POLITYKA Sp. Pracy 2006-2009