Masz wybór. Dbamy o to już 20 lat.

Jesteś tutaj: Strona główna Najciekawsze artykuły o konkurencji Pomówmy o zmowie

Pomówmy o zmowie

Adam Grzeszak

Zmowy cenowe, czyli kartele, to rodzaj zorganizowanej przestępczości gospodarczej. Zmawiającym się grożą drakońskie kary. Ostatnio są też intensywnie kuszeni: kto sam się przyzna do udziału w kartelu i wyda wspólników, może uniknąć kary.

Zmowa wychodzi na jaw często w dość zaskakujących okolicznościach. Jeden z pracowników Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) jadąc taksówką usłyszał kiedyś, jak taksówkarz otrzymuje przez radio instrukcję o nowych stawkach uzgodnionych między przewoźnikami. I szybko zrobił z tej wiedzy użytek, bo to, co usłyszał, było klasyczną niedozwoloną zmową cenową. Ustawa antymonopolowa zakazuje przedsiębiorcom wspólnego „ustalania, bezpośrednio lub pośrednio, cen i innych warunków zakupu lub sprzedaży towarów”. Zmowy taksówkarskie to zjawisko w Polsce dość powszechne. Dlatego kierowca, w odróżnieniu od pasażera, nie miał nawet pojęcia, że przyjmując taką instrukcję już uczestniczy w przestępstwie, a kara może sięgnąć nawet 10 proc. obrotów, jakie zanotował w poprzednim roku.

Zresztą świadomości tego, że dogadywanie się z konkurentami, dzielenie rynku, ustalanie wspólnych marż i cen minimalnych jest naruszeniem prawa, brak często nawet w dużych firmach zatrudniających prawników. Dlatego bywają i takie zmowy, po zawarciu których wysyła się... zawiadomienie do PAP. Tak kilka lat temu zrobił Ruch, który dogadał się z kilkoma mniejszymi dystrybutorami prasy. Konkurenci ogłosili, że „bezpardonowa walka na rynku prasy prowadzi do niekontrolowanych procesów”, więc odtąd będą współdziałać na „zasadach partnerstwa”, a konkurowanie i rywalizacja między nimi dotyczyć będzie... „wyłącznie poziomu i jakości usług”.

Ta polityka miłości nie spodobała się prezesowi UOKiK, odpowiedzialnemu za zwalczanie praktyk antykonkurencyjnych. Uznał, że porozumienie jest niczym innym jak nielegalną zmową rynkową, i wszczął postępowanie. Padła wówczas odpowiedź, że prezes nie rozumie zasad działania rynku prasy. Okazało się jednak, że to Ruch nie rozumie zasad wolnego rynku. Ta nauka kosztowała spółkę 10 mln zł kary. Jego mniejsi wspólnicy otrzymali kary odpowiednio niższe. Nie pomogło odwołanie do sądu, który nie znalazł żadnych okoliczności łagodzących dla prasowego kartelu.

Ale o co chodzi?

Prezes UOKiK rzadko dowiaduje się o zmowach w tak oficjalnej formie, choć historia z Ruchem nie jest wyjątkiem. Podobnie bywało z uchwałami samorządów zawodowych (m.in. notariuszy, weterynarzy, architektów, pośredników w obrocie nieruchomościami), ustalającymi jednolite ceny minimalne lub wpisującymi do kodeksów etycznych zakaz konkurencji cenowej. Czasem bywa też i tak, że kontrolerzy tropiący zmowy dostrzegają w firmie stojący na półce segregator z napisem „porozumienia cenowe”. Ale o co chodzi? – pytają zdumieni pracownicy. Przecież tak robiliśmy zawsze. Świadomość istnienia prawa antymonopolowego nie jest w Polsce powszechna.

Coraz częściej jednak zmawiający się zdają sobie sprawę, że stąpają po cienkim lodzie. Sporo ryzykują, ale zyski kuszą. Starają się więc działać dyskretnie. Gdzieś na boku, nieformalnie. Zaczyna się od narzekań na trudny rynek, spadające marże i zyski, a kończy się na pomysłach, że warto by się jakoś dogadać. Potem przechodzi się do konkretów: jakie ceny, jakie marże. Ja działam tu, ty tam i nie wchodzimy sobie w drogę. Albo: ograniczamy produkcję, podnosimy ceny i wychodzimy na swoje. Najlepiej umówić się na gębę, bo każdy papier zwiększa ryzyko. Ale często tak się nie da. Trzeba zrobić jakieś wyliczenia, ustalić co, kto, gdzie, kiedy i za ile? A w razie czego, to się nie znamy.

Rozbicie takiego kartelu nie jest rzeczą prostą. Zwykle jako pierwsi alarm podnoszą konkurenci nieuczestniczący w zmowie. Ktoś nagle zauważa skoordynowane ruchy rywali, czuje, że jest wypychany z rynku. Czasem handlowcy dostrzegają, że tracą klientów albo otrzymują zaskakująco podobne oferty od dostawców. W wielu wypadkach na trop wpadają media albo sam UOKiK monitorując sytuację na rynku dostrzeże, że gdzieś dzieją się dziwne rzeczy. Są branże o podwyższonym ryzyku kartelowym, takie, gdzie działa wielu równorzędnych graczy, a rynek nie rozwija się wystarczająco szybko albo wręcz kurczy. Bo tam, gdzie jest jeden wielki gracz i grupa mniejszych, do zmów nie dochodzi. Wielki rządzi i nie musi się z nikim umawiać. Tak jak na rynku ubezpieczeń, gdzie dominuje PZU. Spółka złożyła nawet kiedyś donos na konkurentów, że tworzą kartel. Powodem była ankieta rozesłana przez Polską Izbę Ubezpieczeń badająca wpływ tzw. podatku Religi na ceny polis. Informacje o cenach i sposobie ich kalkulowania należą do informacji wrażliwych. Ich wymiana między konkurentami może być uznana za zmowę. W przypadku ankiety PIU tak jednak nie było.

Co kryją serwery

Postępowania w sprawach zmów kartelowych to zwykle żmudne procedury urzędnicze, w których analizuje się sytuację rynkową, zachowanie poszczególnych przedsiębiorców, przekopuje się tony dokumentów. Zdarzają się co pewien czas duże operacje, kiedy urzędnicy UOKiK robią nalot. W tym samym momencie wkraczają do wielu firm i zabezpieczają dokumenty.

– Bywa, że nie znajdujemy dokumentów potwierdzających istnienie zmowy. Ale zwykle coś jest. Jakieś pismo, notatka ze spotkania, zapiski w czyimś notesie. Ludzie mają taką naturę, że wszystko zapisują, nawet kiedy wiedzą, że nie powinni. Szczegóły zmów bywają często na tyle skomplikowane, że nie da się wszystkiego zapamiętać – wyjaśnia naczelnik Katarzyna Róziewicz-Ładoń z departamentu ochrony konkurencji UOKiK.

W takich akcjach zwykle towarzyszą urzędnikom policjanci, ale nie po to, żeby siłą wdzierać się do archiwów i wyrywać segregatory, tylko dlatego, że policja dysponuje sprzętem do zabezpieczania danych elektronicznych. A to właśnie firmowe serwery często kryją kluczowe dowody. Wiele zmów wyszło na jaw, bo pracownicy konkurencyjnych firm wysyłali do siebie e-maile uzgadniając szczegóły albo przypominając o wzajemnych ustaleniach. Największym problemem karteli jest dyscyplina uczestników. Umawiają się, a potem nie dotrzymują słowa.

Zresztą brak dokumentów potwierdzających zawarcie zmowy nie gwarantuje uczestnikom bezkarności. Wystarczającą poszlaką mogą być skoordynowane zachowania rynkowe grupy firm. Tak było kilka lat temu w przypadku producentów drożdży. Sąd nie dał wiary, że podobnej wysokości podwyżka cen, wprowadzona w tym samym dniu przez grupę firm kontrolujących większość rynku, była zbiegiem okoliczności. Dostali za to karę 1,3 mln zł.

Zmowy cenowe są wyjątkowo groźne, bo swoboda konkurencji to fundament gospodarki rynkowej. Tymczasem z kartelami jest jak z ustawianymi meczami – niby zawodnicy zaciekle walczą na boisku, ale wynik i tak został wcześniej uzgodniony w szatni. Dlatego zmowy traktuje się jako rodzaj biznesowej przestępczości zorganizowanej, uparcie tropi i wyjątkowo surowo karze. W USA uczestnikowi takiego procederu grozi kara w wysokości 100 mln dol. lub dwukrotności rocznego zysku (albo straty) firmy. Sporo ryzykują też menedżerowie: mogą trafić za kratki nawet na 10 lat, a grzywna może sięgnąć miliona dolarów.

Kartel kilku dużych linii lotniczych namierzony niedawno przez amerykański departament sprawiedliwości zapłaci ponad pół miliarda dolarów, bo udowodniono mu, że w latach 2001–2006 ustalał m.in. ceny przewozu ładunków i opłaty paliwowe. Najsurowiej potraktowany został organizator procederu, linia Air France-KLM. Kara wyniosła 350 mln dol. Jednak rekord należy do szwajcarskiej firmy farmaceutycznej F. Hoffmann-La Roche, za ustawianie amerykańskiego rynku witamin – 500 mln dol. kary. A ponieważ podobną praktykę prowadziła także w Europie, Komisja Europejska wymierzyła jej swoją karę – 460 mln euro.

Castorama puszcza farbę

W Polsce szef firmy decydujący się na udział w zmowie nie ryzykuje wprawdzie więzieniem, ale sama firma może to boleśnie odczuć. Tak jak w przypadku zmowy Polifarbu Cieszyn-Wrocław i sieci marketów budowlanych. Producent ustalił ceny minimalne na swoje chodliwe wyroby, a markety się zobowiązały, że nie zejdą poniżej ustalonych kwot. W zamian otrzymywały specjalne rabaty. Dyscyplinę (z którą ponoć różnie bywało) egzekwowano poprzez odbieranie zniżek, a nawet pozbawianie dostaw towaru. Działanie kartelu (wytropionego przez media) przerwała akcja policyjna połączona z jednoczesnym przeszukaniem biur jego uczestników. Potem posypały się kary – w sumie 110 mln zł. Polifarb, jako inicjator, i sieć Leroy Merlin, jako największy uczestnik, dostały po kieszeni najboleśniej – każdy ponad 32 mln zł.

Był to jeden z wielu karteli wykrytych w branży materiałów budowlanych: były już m.in. zmowy producentów cementu, dachówek. Także inni polscy producenci farb (m.in. Akzo Nobel, Tikurila) próbowali naśladować pomysły Polifarbu, wciągając w to markety budowlane. W przypadku kartelu ICI producent dostał karę 9 mln zł, zaś sieć Castorama 36,6 mln zł. – Tylko w ubiegłym roku wszczęto 40 postępowań w sprawie zmów cenowych, a 20 zakończyło się wydaniem decyzji. Choć w większości przypadków firmy odwołują się do sądu, to jedynie co piąta decyzja jest skutecznie podważana – wyjaśnia prezes UOKiK Małgorzata Krasnodębska-Tomkiel.

Nad przedsiębiorcami wisi więc potężny kij. Jest też i marchewka: kto porzuci kartel, przyzna się dobrowolnie, wyda wspólników i dostarczy dowody, może kary uniknąć. Zapewnia mu to program leniency, nazwany tak od angielskiego słowa oznaczającego pobłażliwość. Ten sposób łamania karteli wymyślili Amerykanie, a do polskiego prawa trafił pięć lat temu. Ostatnio przepisy poprawiono, a ich stosowanie stało się łatwiejsze. Ma to dość długą polską nazwę – program łagodzenia kar dla skruszonych uczestników karteli – ale wszyscy i tak mówią leniency.

– Leniency to odpowiednik instytucji świadka koronnego w prawie karnym. Dziś żaden uczestnik zmowy nie może być pewny, czy któryś z członków kartelu nie zgłosił już chęci skorzystania z programu i nie dostarczył dowodów obciążających pozostałych – wyjaśnia prezes UOKiK. Bo kary uniknie tylko ten, kto zgłosi się jako pierwszy; decydować może nawet godzina złożenia wniosku. Następnych dwóch – o ile będą lojalnie współpracować z UOKiK – może liczyć na 50 i 30 proc. obniżki kary. Z programu wyłączony jest jednak inicjator oraz członkowie nakłaniający innych.

W Polsce niewiele było dotychczas przypadków karteli rozbitych za sprawą zeznań skruszonych przedsiębiorców. Najsłynniejszy dotyczy sieci Castorama, która uniknęła wysokiej kary (skończyło się na 50 tys. zł), bo poszła na współpracę i dostarczyła dowodów dotyczących kartelu Polifarbu Cieszyn-Wrocław. W innym kartelu (tym z ICI) Castorama nie współpracowała, więc kara była wysoka.

Program leniency od niedawna jest reklamowany w mediach niemal jak nowy krem czy lokata bankowa. UOKiK zapowiada, że niebawem ruszy kampania billboardowa. To rzadki przypadek reklamy produktów ustawodawczych. Gdyby ktoś miał wątpliwości, może skorzystać z kartelowego telefonu zaufania – opowiedzieć anonimowo o swojej sytuacji i dowiedzieć się, czy może liczyć na pobłażliwość. Chętnych do rozmów nie brakuje.

Adam Grzeszak © POLITYKA Sp. Pracy 2006 -2010